Kończy mi się dzien na opuszku palca.
Uzależniam się od oddechu. Mimo wszystko
Wożę usta..do ust.
Rozbieram się w akt nadziei...
leżę rozrzucona po pokoju..
ze mnie zrobiło się późno.
To nic..
To wysoko rzeźbione noce..
czas zamknięty w butelce
w kolorze purpury.
*Mówi , że jestem jego jedyną miłością, i to jest właśnie to co powinien powiedzieć, to, co się mówi, gdy dopuszcza się swobodę mowy, gdy pozwala się ciału swobodnie szukać i znajdować, brać co chce, a wtedy wszystko jest dobre, bez strat, straty się wyrównują, wszystko zmienia się w potok, w siłę pożądania.
Pyta dlaczego przyszłam.
Mówię, że musiałam to zrobić, że było to jakby z obowiązku.
Zapalił papierosa. i szeptał zupełnie cicho, tuż przy moich ustach. Ja też mówiłam do niego zupełnie cicho...
Zaledwie poczułam, jak nadszedł sen.*
sen..sen..sen...jako dobro najwyższe. uczy człowieka umierać
*śnieg przysypał najlżejszy ślad
czekali
dokąd sznureczek dni
nie zawiązał się ładnie
w pętlę
na której można nie żyć*
H.P
1 comment:
Świetne te zdjęcia :-)
Post a Comment