Translate
Saturday, 29 December 2012
Saturday, 15 December 2012
*
jest prawdziwa bitwa
pod drzwami
czeka skulony dzień.
tak łatwo odejść od siebie
nawet Ty
jakaś siłą nie podejdziesz bliżej
mogę Cię tylko widzieć
chcę tylko śpiewać
śpiewać
boleć
bo w tej małej przestrzeni
zasiany jest ból
otwarte cierpienie
pustka porzuconych ciał
nie piłam
głucho w szkło
spadło serce
zamarzł w locie uśmiech
zastygł gest
jestem ostrożna
dotykam Twego głosu tylko w ciemnościach.
nie poznałeś jeszcze mnie
dla której masz się okaleczyć
dlatego trwamy.
Wednesday, 12 December 2012
*
Life just isn't like the movies, is it? We're constantly led to belive in resolution, in the re-establishment of the ideal status quo , and it's just not true.
Happy endings are a myth designed to make us feel better about the fact that life is a thankless struggle...
Wednesday, 28 November 2012
...
Jedziemy z P. do 'mat-fiz-chemu'. czyli do Wiesiów. On- fizyk, ona - chemiczka. To taki typ ludzi, którzy daja psu na imie Dupek, synowi Barabasz i uwazaja te obie rzeczy za zabawne.Tak wlasnie zrobili. Ciesze sie, ze w ogóle gdziekolwiek idziemy.
Wyszlismy i idziemy. Idziemy, idziemy. Juz jestesmy na rogu. Skrecamy w lewo, ja po zewnetrznej, z duza predkoscia katowa.Wtedy to P. moze lekko zwolnic i ma okazje rzucic na mnie okiem.
I twaz mu tezeje, czuje to bardziej niz widze.Zatrzymujemy sie.
- Co ty tam masz? - P. dotyka palcem swej brwi. Nie bardzo rozumiem o co mu chodzi.
- Jak to, co mam?
- No co ty sobie zrobilas z brwiami?
- Nic sobie nie zrobilam, to makijaz, bialy cien.
- I ty myslisz, ze tak pójdziesz? Ze mna?
- Przeciez to jest zwykly cien, o co ci chodzi?
- Nie kochana, tak nie bedziesz wygladala, zmaz to.
I P. wyciaga reka w moim kierunku.Ja sie odchylam. Czy powinnam to obrócic w zart, czy po prostu isc dalej do tramwaju? Albo przeciwnie obrazic sie i odejsc, nie na zawsze, ale do domu?
I nagle czuje, ze niepewnosc mija mi i ogarnia mnia kompletny spokój. Przestaje w ogole widziec P. Odlaczam sie od niego.
Wchodze do sklepu, który jest w tym miejscu od niepamietnych czasów.
Kupuje paczke miekkich malrboro. Wychodze ze sklepu i siadam na murku, który jest w tym miejscu od czasów niepamietnych.
Zapalam papierosa. Zaciagam sie dymem.
I mglistym niebem nade mna.
Ehh.. , nie ma pogody. Nie ma. Rano padalo. Asfalt na podjezdzie jeszcze mokry.
Pod nogami kapsle i pety.
Ludzie lubia tu siadac.
Jakis kot na mnei patrzy. ''Kot to wolny czlwiek'' mysle bez sensu. Jest czarny jak smola. I patrzy na mnie z uwaga. Jakby sobie szukal czarownicy?
Bardzo prosze, ramie wolne. Wskakuj!
Katem oka widze, ze P.sie zbliza.
Staje nade mna i milczy.
Tymczasem kot zeskakuje z murka i znika w krzakach.
P. milczy pelnym tekstem. Ale nie zamierzam go rozumiec.
Wspinam sie wzrokiem po rynnie domu ze sklepem na parterze. Mówia o nim sklep 'pod debem' ,mimo ,ze dab scieli pietnascie lat temu.
Po rynnie w góre i w lewo brzegiem dachu, samiutkim brzeszkiem,spaceruje wzrokiem.
Az do konca dachu, tam topola, wloska topola, wysoka i szczupla. Nerwowe rozedrgane listeczki. Chialyby sie zerwac i uciec. Ale kazdy na nitce, na lodyzce uwieziony. Biegna i biegna, ale wciaz w miejscu i tak do jesieni.Odpadna ,gdy juz beda suche, pozólkle.
Gasze papierosa na murku. Wstaje i wyrzucam niedopalek do kosza, który stoi obok schodków. P,chrzaka.Mijam go obojetnie, kierujac sie w strone petli tramwajowej. On rusza za mna.
Wygralam.
Jedziemy do 'mat-fiz-chemu'.
*
Słabe mętne światło szpitalnej izby przyjęć. Bada mnie młoda lekarka w zielonym kitlu, doktor Afrodyta. Ona naprawdę ma tak na imię i rzeczywiście jest piękna jak bogini. Greczynka. Przez chwilę jestem spokojna i ufam losowi. Może brzuch się uspokoi. Może wrócę do domu.
Nie wrócę.
Leże i patrzę w sufit, słuchając odgłosu tępej żyletki, szorującej moje podbrzusze. Golą mnie bez mydła. Odczłowieczają. W ludowym szpitalu nie ma miejsca na czułości. Nie ma cakcania się. Są odrapane ściany, karaluchy i pacjenci, specjalny gatunek istot bez twarzy, bez imion, stanowiący przedmiot działań medycznych.
Kładą mnei na sali porodowej. Podłaczaja do kroplówki. Ale nie robi mi się lepiej. Czuję coraz większy ciężar, jakbym miała na piersiach dwunastotomową encyklopedie. Ból w mostku. Mój rzężący oddech słychać chyba w kosmosie.
Będe umierać? Jak dobrze. Wisze nad przepaścią i jest mi uroczyście. Nie ma czego żałować. Ktoś przychodzi i krzyczy: Kto jej zaaplikował az tyle! Rozpoznaję Afrodytę. Przykręca kurek kroplówki. Powoli wracam. Oddycham skromniej. Może da się coś poprawić w tym rzyciu.
Jestem podłączona do monitora i widze, jak na ekranie skacze nitka tetna mojego dziecka. Jakby pisało list zielonym szlaczkiem. Z prośba? Z przeprosinami? Słysze jego puls, wzmocniony aparaturą; jak szybko ' szyje' swoje życie moje dziecko!
Jak maszyna Singer, gdy wprawiaam ją w ruch, przesuwając pod stopką tetrę na pieluchy ,czy płótno na poszewkę poduszeczki.
Jeszcze raz ( który?) podchodzi ktoś przypadkowy i zwiększa mi dawkę leku mającego zahamować skurcze porodowe.Ja znowu zaczynam rzęzić. I znów słucham ciężkich krokow lekkiej śmierci, powróciło uroczyste uczucie umierania.
Serce wali jak w bramy zaświata.
A jednak mnei tam nie przyjęto.
To ono, dziecko, miało pierwszeństwo.
Odłączono kroplówkę, nastał dzień.
Afrodyta poszła do domu.
Przybył Tanatos...
Leże na bordowej ceracie. Gorączka rosnie. Zapada decyzja. Mam zakażenie. Będe rodzila dziecko na smierć.Bo przecież się nie łudze, że ono przezyje, tu i teraz..Lekarz nazywa się Bielkow, tak się nazywa, po rusku.
siostro basen, siostro niedobrze mi. Bordowa cerata na której odbywa się Wszystko, wstydliwe wydalanie i cud narodzin, słyszę też puls smierci, jak ono mocno żyje...
Kwiaty z mięsa, myslę bez sensu, kwiaty z mięsa.
Witaj i żegnaj moje ja..
Urodziła się o 16:30. Na przekor oczywistości dalam jej na imię Helena, to znaczy Jasna. Jasna w ten dzień ciemny i smutny.
Czy chciałam jeszcze zaklinać los? Przecież nie wierzyłam w nic i do nikogo nei miałam zaufania.
Potem dali mi zastrzyk. Na uspokojenie. Na zupełne uspokojenie. Na kosmiczne uspokojenie. Spałam snem bez żalu, bez pragnień, przezroczysta, frormalna jak historia choroby powieszona w nogach łóżka.
Nie żylam, ale takich umarłych nie odnotowują w szpitalnych rejestrach od lat.
Mieszkanei było puste, jak wtedy gdy stad wychodziłam. Wydawało sie jakby latami neły, a nie siedem dni. Usiadłam na brzegu kanapy, w płaszczu, z kluczami w ręku.
byłam jak obcy człowiek, który przyszedł do siebie z wizytą i nikogo nie zastał.
Saturday, 24 November 2012
Sunday, 21 October 2012
*
Wystarczy przeciez, ze spokój i rece przenikaja sie nawzajem.
I tak juz dzien za dniem.
Jestesmy blisko.
Cicho pulsuja drzenia.
— Pidzama Porno, Spokój i rece
Sunday, 7 October 2012
Road...
-Jestes sama?
Podciagam kolana pod brode i wypuszczam''tak'' zatopione w krecenie glowa...Targana..Jestem targana przez niepojete zjawiska swojego umyslu...
-Jestem sama z Londynem w tle...
Te wszystkie hamburgery, kfc, big beny, klify, wybrzeza, mgly, meloniki, getry, problemy owiniete w nienaganny garnitur i lzy przez sztuczne rzesy...
-Przykro mi...
Wypuszczam lancuch pobrzekujacego chichotu..
Rozdmuchuje slowa gorzkim westchnieniem spod okna..Oto ja...
Budze sie kazdego dnia ,by powlec wczorajsze wspomnienia i nalozyc na nie jutrzejsza tecze...
Dzisiaj jest zawieszone gdzies pomiedzy..
Nie ma teraz, nie ma juz, jest pozniej, nastapi, bedzie...
Czas terazniejszy to drgajace sylaby na jezyku...
Niespelnione checi nie wzbudzaja niczyjego zainteresowania..
Tluka sie o scianki w glowie, az wreszcie splywaja wraz ze slina podczas snu i odradzaja sie o poranku na wilgotnej poduszce...
Moja pragnienia to winogrona wczepione w brunatna kisc, ktora pozwolila im dojrzec a potem zrzuca je, by zrobic miejsce kolejnym....
Wedlug tego samego schematu...Nie snij wiecej...
Swiat marzen zostal zlapany na wedke przez sprytniejsza rzeczywistosc z szarego parapetu...
-Pokaze Ci moje zycie - mowie
Rzucam mu smiale spojrzenie, czujac jak milion barwnych mysli rozbryzguje sie w mojej czaszce i koloruje powstajace zdania...
Jestem uniwersalna...Ide ale nigdzie nie zmierzam...
Leniwie mi...
Bo ja jestem takim mentalnym motylem.
Schizofrenikem z wyboru.
Wednesday, 19 September 2012
Thursday, 13 September 2012
Saturday, 8 September 2012
Subscribe to:
Posts (Atom)
+copy.jpg)
+-+Copy.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)