Translate

Sunday, 17 October 2010

*



Tak słodki październik. Liście w kolorach błota, deszczu, zaschniętej śliny.
Jakby od dzisiaj zaczynał się rozkład w odcinkach, podszewka śmierci.
Podobno w nocy wylała rzeka, wiatr zerwał szyny.

Podobno można zobaczyć tam ślady skamielin, wystarczy się przyjrzeć.
Tymczasem na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem.
W pustym szpitalu żarówka wydziela opary opium.

Po korytarzach chodzą umarli, zdziwieni, że jeszcze nie pora na obchód.
Tymczasem na polach zaczyna się powódź. Ty znowu rozsiewasz zarazę
w strzykawkach, tniesz się kapslem po piwie.

Pewnie od tego rdzewieje mi tętno, krew pachnie gliną? Umówmy się,
że jutro nie znajdziesz już tutaj niczego – zostanie piasek, muł, strzępki papieru.
Wyrwa, jakby ziemia otworzyła się parę dni wcześniej

i chciała wchłonąć – deszcz, burzę, to całe niebo –


przeżuć to, wypluć. - J.L

Sunday, 3 October 2010

*







Tak trudno odejść od własnego ciała
Klei się do duszy
To niebezpieczna odległość

Jestem już sama
Pod zamkniętymi powiekami
Drżące światło błądzi

Czas drażni
I odbiera możliwość kroku wstecz

Friday, 1 October 2010

*


To jeden z tych dni, mówi, w których wrasta mi w skórę,
na wszystkie sposoby, swędzi mnie i dotyka, wbijając palce
tak mocno, aż robią się dziury. Wzdycha, a potem milcząc

odsłania okno i podejrzliwie podgląda jej skórę, od spodu,
od strony światła. - J.L