Jedziemy z P. do 'mat-fiz-chemu'. czyli do Wiesiów. On- fizyk, ona - chemiczka. To taki typ ludzi, którzy daja psu na imie Dupek, synowi Barabasz i uwazaja te obie rzeczy za zabawne.Tak wlasnie zrobili. Ciesze sie, ze w ogóle gdziekolwiek idziemy.
Wyszlismy i idziemy. Idziemy, idziemy. Juz jestesmy na rogu. Skrecamy w lewo, ja po zewnetrznej, z duza predkoscia katowa.Wtedy to P. moze lekko zwolnic i ma okazje rzucic na mnie okiem.
I twaz mu tezeje, czuje to bardziej niz widze.Zatrzymujemy sie.
- Co ty tam masz? - P. dotyka palcem swej brwi. Nie bardzo rozumiem o co mu chodzi.
- Jak to, co mam?
- No co ty sobie zrobilas z brwiami?
- Nic sobie nie zrobilam, to makijaz, bialy cien.
- I ty myslisz, ze tak pójdziesz? Ze mna?
- Przeciez to jest zwykly cien, o co ci chodzi?
- Nie kochana, tak nie bedziesz wygladala, zmaz to.
I P. wyciaga reka w moim kierunku.Ja sie odchylam. Czy powinnam to obrócic w zart, czy po prostu isc dalej do tramwaju? Albo przeciwnie obrazic sie i odejsc, nie na zawsze, ale do domu?
I nagle czuje, ze niepewnosc mija mi i ogarnia mnia kompletny spokój. Przestaje w ogole widziec P. Odlaczam sie od niego.
Wchodze do sklepu, który jest w tym miejscu od niepamietnych czasów.
Kupuje paczke miekkich malrboro. Wychodze ze sklepu i siadam na murku, który jest w tym miejscu od czasów niepamietnych.
Zapalam papierosa. Zaciagam sie dymem.
I mglistym niebem nade mna.
Ehh.. , nie ma pogody. Nie ma. Rano padalo. Asfalt na podjezdzie jeszcze mokry.
Pod nogami kapsle i pety.
Ludzie lubia tu siadac.
Jakis kot na mnei patrzy. ''Kot to wolny czlwiek'' mysle bez sensu. Jest czarny jak smola. I patrzy na mnie z uwaga. Jakby sobie szukal czarownicy?
Bardzo prosze, ramie wolne. Wskakuj!
Katem oka widze, ze P.sie zbliza.
Staje nade mna i milczy.
Tymczasem kot zeskakuje z murka i znika w krzakach.
P. milczy pelnym tekstem. Ale nie zamierzam go rozumiec.
Wspinam sie wzrokiem po rynnie domu ze sklepem na parterze. Mówia o nim sklep 'pod debem' ,mimo ,ze dab scieli pietnascie lat temu.
Po rynnie w góre i w lewo brzegiem dachu, samiutkim brzeszkiem,spaceruje wzrokiem.
Az do konca dachu, tam topola, wloska topola, wysoka i szczupla. Nerwowe rozedrgane listeczki. Chialyby sie zerwac i uciec. Ale kazdy na nitce, na lodyzce uwieziony. Biegna i biegna, ale wciaz w miejscu i tak do jesieni.Odpadna ,gdy juz beda suche, pozólkle.
Gasze papierosa na murku. Wstaje i wyrzucam niedopalek do kosza, który stoi obok schodków. P,chrzaka.Mijam go obojetnie, kierujac sie w strone petli tramwajowej. On rusza za mna.
Wygralam.
Jedziemy do 'mat-fiz-chemu'.
Słabe mętne światło szpitalnej izby przyjęć. Bada mnie młoda lekarka w zielonym kitlu, doktor Afrodyta. Ona naprawdę ma tak na imię i rzeczywiście jest piękna jak bogini. Greczynka. Przez chwilę jestem spokojna i ufam losowi. Może brzuch się uspokoi. Może wrócę do domu.
Nie wrócę.
Leże i patrzę w sufit, słuchając odgłosu tępej żyletki, szorującej moje podbrzusze. Golą mnie bez mydła. Odczłowieczają. W ludowym szpitalu nie ma miejsca na czułości. Nie ma cakcania się. Są odrapane ściany, karaluchy i pacjenci, specjalny gatunek istot bez twarzy, bez imion, stanowiący przedmiot działań medycznych.
Kładą mnei na sali porodowej. Podłaczaja do kroplówki. Ale nie robi mi się lepiej. Czuję coraz większy ciężar, jakbym miała na piersiach dwunastotomową encyklopedie. Ból w mostku. Mój rzężący oddech słychać chyba w kosmosie.
Będe umierać? Jak dobrze. Wisze nad przepaścią i jest mi uroczyście. Nie ma czego żałować. Ktoś przychodzi i krzyczy: Kto jej zaaplikował az tyle! Rozpoznaję Afrodytę. Przykręca kurek kroplówki. Powoli wracam. Oddycham skromniej. Może da się coś poprawić w tym rzyciu.
Jestem podłączona do monitora i widze, jak na ekranie skacze nitka tetna mojego dziecka. Jakby pisało list zielonym szlaczkiem. Z prośba? Z przeprosinami? Słysze jego puls, wzmocniony aparaturą; jak szybko ' szyje' swoje życie moje dziecko!
Jak maszyna Singer, gdy wprawiaam ją w ruch, przesuwając pod stopką tetrę na pieluchy ,czy płótno na poszewkę poduszeczki.
Jeszcze raz ( który?) podchodzi ktoś przypadkowy i zwiększa mi dawkę leku mającego zahamować skurcze porodowe.Ja znowu zaczynam rzęzić. I znów słucham ciężkich krokow lekkiej śmierci, powróciło uroczyste uczucie umierania.
Serce wali jak w bramy zaświata.
A jednak mnei tam nie przyjęto.
To ono, dziecko, miało pierwszeństwo.
Odłączono kroplówkę, nastał dzień.
Afrodyta poszła do domu.
Przybył Tanatos...
Leże na bordowej ceracie. Gorączka rosnie. Zapada decyzja. Mam zakażenie. Będe rodzila dziecko na smierć.Bo przecież się nie łudze, że ono przezyje, tu i teraz..Lekarz nazywa się Bielkow, tak się nazywa, po rusku.
siostro basen, siostro niedobrze mi. Bordowa cerata na której odbywa się Wszystko, wstydliwe wydalanie i cud narodzin, słyszę też puls smierci, jak ono mocno żyje...
Kwiaty z mięsa, myslę bez sensu, kwiaty z mięsa.
Witaj i żegnaj moje ja..
Urodziła się o 16:30. Na przekor oczywistości dalam jej na imię Helena, to znaczy Jasna. Jasna w ten dzień ciemny i smutny.
Czy chciałam jeszcze zaklinać los? Przecież nie wierzyłam w nic i do nikogo nei miałam zaufania.
Potem dali mi zastrzyk. Na uspokojenie. Na zupełne uspokojenie. Na kosmiczne uspokojenie. Spałam snem bez żalu, bez pragnień, przezroczysta, frormalna jak historia choroby powieszona w nogach łóżka.
Nie żylam, ale takich umarłych nie odnotowują w szpitalnych rejestrach od lat.
Mieszkanei było puste, jak wtedy gdy stad wychodziłam. Wydawało sie jakby latami neły, a nie siedem dni. Usiadłam na brzegu kanapy, w płaszczu, z kluczami w ręku.
byłam jak obcy człowiek, który przyszedł do siebie z wizytą i nikogo nie zastał.
Ciepło, które pojawia się w okolicy brzucha, to jednak miłość...