Translate
Monday, 30 December 2013
Saturday, 16 November 2013
Saturday, 12 October 2013
Friday, 14 June 2013
Wednesday, 12 June 2013
Tuesday, 21 May 2013
A morze...
Wymykał mi sią z rąk, jak woda w rzece, jak piasek przez dłonie, nie dał sie przesiaknać, ani objąć.
Mówil tylko te słowa, które nie wiążą a ja szukałam w sobie odwagi, by wbić ostrz między ciała, by się przetoczyć i zasiać w innej ziemi.
Czas się nie zna na przemijaniu, nie leczy ran, nie umie wybaczać.
Więc bywam, otaczam sie sobą i pale nasze listy, które tlą się na czerwono, jak krew, jak lawa, co przetacza się przez ciało, wsiąka w śnieg.
Musisz to sobie tylko wyobrazić, i potem tym być, smiać sie tym, o tym płakać.
Bywasz o mnie czasem?
Friday, 19 April 2013
Sa Dec

On wysiadł z limuzyny, pali angielskiego papierosa. Przygląda się tej dziewczynie w męskim kapeluszu i złotych pantofelkach.
Zbliża się do niej powoli. Jest onieśmielony, to widać.Nie od razu się usmiecha. Od razu proponuje jej papierosa. Ręka mu drży. Różnią się rasą, on nie jest biały, musi przezwyciężyć tą różnicę i dlatego drży.
Ona mówi, że nie pali, nie, dziękuję. Nic innego nie mówi, nie mówi: proszę odejść, zostawić mnie w spokoju. Więc on boi się mniej.
I wtedy mówi, iż mu się zdaje, że śni.
Ona się uśmiecha, nie odpowiada. Nie ma potrzeby odpowiadać, bo i co mogłaby powiedzieć? Czeka.
Więc on pyta: ale skąd się pani tu wzięla?
Ona mówi, że jest córką przyjaciólki pewnego człowieka, z Sa Dec. On się zastanawia, potem mówi, że słyszał o tej pani, jej matce.
Powtarza, że to zupelnie niezwykłe, że widzi ja na promie. Tak wcześnie rano, taka młoda biała dziewczyna w miejscowym autobusie.
Mówi, że do twarzy jej w kapeluszu, nawet bardzo, że to...oryginalne..męski kapelusz..czemu nie? Jest taka ładna, może sobie na wszytko pozwolić.
Przyglada mu się. Pyta, kim jest?
On mówi ,że wraca z Paryża, gdzie skończył studia, że też mieszka w Sa Dec, właśnie nad rzeką, w dużym domu z wielkimi tarasami o niebieskich balustradach.
Pyta, kim jest? Mówi, że jest Chinczykiem, że jego rodzina pochodzi z północnych Chin, z Fushun.
Czy pozwoli się pani odwieźć do domu, do Sajgonu?
Zgadza się. Mówi.
Chińczyk. Z tej nielicznej finansjery pochodzenia chińskiego, która ma w ręku wszystkie tanie nieruchomości w kolonii.
To on przeprawiał się właśnie tego dnia przez rzekę Mekong w kierunku Sajgonu.
Dziewczyna wsiada do czarnego auta. Dzwi się zamykają. Naraz pojawia się ledwie wyczuwalny smutek, jakby zmęczenie, światło na rzece blednie. Leciutkie ogłuszenie, wszędzie mgła.
Nigdy więcej nie będe podróżowała na targ autobusem przeznaczonym dla miejscowych. Będe miała dotąd limuzyne, która bedzie mnie woziła w obie strony. Będe jadała obiady w najelegatszych restauracjach. I zawsze bede skłonna żałować wszystkiego co robię, co pozostawiam, co biorę, zarówno dobreago jak i złego, autobusu, kierowcy autobusu, z którym wspólnie śmialiśmy się, zujących betel staruszwk z tylnych miejsc, dzieci na bagażnikach, rodziny w Sa Dec i ludzi z tego miasta, genialnych w swym milczeniu.
Mówił. Mówił, że sprzykrzył mu się Paryż, czarujące paryżanku, hulanki, bomby, u la la, kawiarnia La Coupole, La Rotonde, ja wolę La Rotonde niż te nocne lokaliki, tę zadziwiającą egzystencję, którą prowadził przez dwa lata.
Ona słuchała.
Obraz zaczyna się dużo wcześniej, zanim jeszcze zaczepił tę biała dziewczynę koło bariery, w chwili gdy wysiadł z czarnej limuzyny i zaczął się do niej zbliżać, a ona poznała, poznała że się jej bał.
Ona od pierwszej chwili coś wie, coś co oznacza, że jest zdany na jej łaskę. Więc inni też byliby zdani na jej łaskę, gdyby nadażyła się taka okazja.
Wie też coś innego, że niewątpliwie nadeszła juz pora, kiedy nie można uniknąć pewnych zobowiązań wobec siebie. I uświadamia sobie tego właśnie dnia, że ani jej matka, ani reszta rodziny nie powinni o tym wiedzieć.
Będzie miała teraz do czynienia z mężczyzną, pierwszym w jej życiu, z tym własnie, który przedstawił się jej na promie.
....
To jest w Cho Lon, po przeciwnej stronie bulwarów, które łączą chińskie miasto z centrum Sajgonu.
Po szerokich ulicach jeżdzą tramwaje, riksze, autokary. Jest wczesne popołudnie.
Udało jej się wymknąć z domu.
Jest ot miejsce południowej czesci miasta, nowoczesne, można by powiedzieć, urządzone w pośpiechu, w stylu secesji.
Mówi, nie wybierałem mebli.W garsonierze jest ciemno, nie prosi, żeby podciągnął żaluzje. Ona nie potrafi określić swych uczuć, nie czuje ani nienawiści, ani też odrazy, być może jest to właśnie pożądanie.
Nie zna się na tym. Zgodziła się przyjść, gdy tylko ją wczoraj wieczór o to poprosił.
Jest właśnie tu, gdzie ma być, przeniesiona tutaj.
Odczuwa lekki strach. Istotnie, mogłoby się zdawać, że musi to być zgodne nie tylko z jej oczekiwaniem, ale też z tym, co w jeje przypadku powinno by się zdarzyć.
Zwraca pilną uwagę na rzeczy zewnętrzne, na swiatło, na zgielk miejski w jakim pokój jest pogrążony.
On drży.Z poczatku patrzy na nią tak, jakby się spodziewał, że ona przemówi, ale ona się nie odzywa.
Więc on też się nie rusza, nie rozbiera jej, mówi, że kocha ją jak szaleniec, mówi to całkiem cicho.
Potem milknie. Ona nie odpowiada. Pojmuje nagle, rozumie, że on jej przecież nie zna, że nigdy jej nie pozna i że nie jest w stanie zrozumieć aż takiej przwrotoności.
Że nigdy nie będzie umiał podjąć tylu i takich zabiegów, żeby się w tym połapać, że nigdy nie zdoła.Znajomość tej sprawy to jej rzecz.
Ona wie. I z powodu jego naiwności uświadamia sobie nagle, że już na promie jej się podobał. Podoba się jej, rzecz zalezna tylko od niej samej.
Mówi: wolałabym ,żeby mnie pan nie kochał.
A nawet gdyby pan mnie kochał, chciałabym, żeby pan postapił jak zwykle postępuje z kobietami.
On patrzy jakby przerażony, pyta: Dlaczego tego pani pragnie?
Ona mówi, że tak. Wtedy własnie w tym pokoju, żaczął po raz pierwszy cierpie, gdy chodzi o to, nie kłamie.
Mówi iż wie już, że ona nie pokocha go nigdy. Pozwala mu mówić. Z początku odpowiada, że tego nie wie, potem pozwala mu mówić.
Ona mówi, że nie chce ,żeby już do niej przemawiał, że pragnie aby robił to, co zwykle z kobietami, które zwykle sprowadza do garsoniery. Błaga go, żeby postapił właśnie w ten sposób.
Zerwał jej sukienkę, rzuca ją i tak obnażoną niesie na łóżko. I wtedy odwraca się w drugą stronę i płacze.
A ona powoli, cierpliwie odwraca go ku sobie, i zaczyna rozbierać.
Robi to z zamkniętymi oczami. Powoli. on chce uczynić ruch, żeby jej pozmóc. Ale ona prosi ,żeby się nie ruszał.Pozwól. Gdy go o to prosi, on przysuwa swe ciało w łożku, tak lekko, jakby nie chciał jej zbudzić.
Skóra ma wspaniałą gładkość. Ciało. Ciało jest giętkie, umieśnione, twarde. Ona nie patrzy mu w twarz. Nie ogląda go, dotyka, pieści złocisty kolor, nieznaną nowość. On wzdycha, płacze. W miłości jest wspaniały.
I płacząc robi to. Z początku jest ból, a potem ten ból staje się kolejną zdobycza, odmieniony, narastający z wolna, wznoszący ku rozkoszy, spleciony wraz z nią.
Potem po wszystkim myje mnie. Zmywa swój zapach, swoje dłonie. Przyglądam się mu jak to robi. Wraca niepostrzeżenie uczucie pożądania. Zadaję sobie pytanie, skąd wziełam siłe aby przeciwstawić się zakazowi ustanowionemu przez społeczeństwo. Z takim spokojem i determinacją.
Jak doszłam do tego,żeby 'zdecydować się na wszystko'?.
Przyglądamy się sobie, całuje moje cialo....Znów się kładziemy, znów milczymy.
Subscribe to:
Posts (Atom)
































+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy+(3).jpg)
+copy.jpg)
+copy+(2).jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
+copy.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)