Translate
Wednesday, 28 November 2012
*
Słabe mętne światło szpitalnej izby przyjęć. Bada mnie młoda lekarka w zielonym kitlu, doktor Afrodyta. Ona naprawdę ma tak na imię i rzeczywiście jest piękna jak bogini. Greczynka. Przez chwilę jestem spokojna i ufam losowi. Może brzuch się uspokoi. Może wrócę do domu.
Nie wrócę.
Leże i patrzę w sufit, słuchając odgłosu tępej żyletki, szorującej moje podbrzusze. Golą mnie bez mydła. Odczłowieczają. W ludowym szpitalu nie ma miejsca na czułości. Nie ma cakcania się. Są odrapane ściany, karaluchy i pacjenci, specjalny gatunek istot bez twarzy, bez imion, stanowiący przedmiot działań medycznych.
Kładą mnei na sali porodowej. Podłaczaja do kroplówki. Ale nie robi mi się lepiej. Czuję coraz większy ciężar, jakbym miała na piersiach dwunastotomową encyklopedie. Ból w mostku. Mój rzężący oddech słychać chyba w kosmosie.
Będe umierać? Jak dobrze. Wisze nad przepaścią i jest mi uroczyście. Nie ma czego żałować. Ktoś przychodzi i krzyczy: Kto jej zaaplikował az tyle! Rozpoznaję Afrodytę. Przykręca kurek kroplówki. Powoli wracam. Oddycham skromniej. Może da się coś poprawić w tym rzyciu.
Jestem podłączona do monitora i widze, jak na ekranie skacze nitka tetna mojego dziecka. Jakby pisało list zielonym szlaczkiem. Z prośba? Z przeprosinami? Słysze jego puls, wzmocniony aparaturą; jak szybko ' szyje' swoje życie moje dziecko!
Jak maszyna Singer, gdy wprawiaam ją w ruch, przesuwając pod stopką tetrę na pieluchy ,czy płótno na poszewkę poduszeczki.
Jeszcze raz ( który?) podchodzi ktoś przypadkowy i zwiększa mi dawkę leku mającego zahamować skurcze porodowe.Ja znowu zaczynam rzęzić. I znów słucham ciężkich krokow lekkiej śmierci, powróciło uroczyste uczucie umierania.
Serce wali jak w bramy zaświata.
A jednak mnei tam nie przyjęto.
To ono, dziecko, miało pierwszeństwo.
Odłączono kroplówkę, nastał dzień.
Afrodyta poszła do domu.
Przybył Tanatos...
Leże na bordowej ceracie. Gorączka rosnie. Zapada decyzja. Mam zakażenie. Będe rodzila dziecko na smierć.Bo przecież się nie łudze, że ono przezyje, tu i teraz..Lekarz nazywa się Bielkow, tak się nazywa, po rusku.
siostro basen, siostro niedobrze mi. Bordowa cerata na której odbywa się Wszystko, wstydliwe wydalanie i cud narodzin, słyszę też puls smierci, jak ono mocno żyje...
Kwiaty z mięsa, myslę bez sensu, kwiaty z mięsa.
Witaj i żegnaj moje ja..
Urodziła się o 16:30. Na przekor oczywistości dalam jej na imię Helena, to znaczy Jasna. Jasna w ten dzień ciemny i smutny.
Czy chciałam jeszcze zaklinać los? Przecież nie wierzyłam w nic i do nikogo nei miałam zaufania.
Potem dali mi zastrzyk. Na uspokojenie. Na zupełne uspokojenie. Na kosmiczne uspokojenie. Spałam snem bez żalu, bez pragnień, przezroczysta, frormalna jak historia choroby powieszona w nogach łóżka.
Nie żylam, ale takich umarłych nie odnotowują w szpitalnych rejestrach od lat.
Mieszkanei było puste, jak wtedy gdy stad wychodziłam. Wydawało sie jakby latami neły, a nie siedem dni. Usiadłam na brzegu kanapy, w płaszczu, z kluczami w ręku.
byłam jak obcy człowiek, który przyszedł do siebie z wizytą i nikogo nie zastał.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment