Ten rodzaj zimna zostaje; dreszcze i kaszel, jakby ktoś wstrzyknął lód
w żyły i szron zarósł płuca. Tymczasem cisza wylęga się w domu i zaraża ulice,
puste pokoje, ciała bardziej obce.
W tym świetle wszystko wydaje się sine; odwracasz się i twoja twarz gnije,
rozpada się, jakby zeszła z niej skóra. Południe paruje i słowa się kręcą
jak płyta; można użyć tego, którym nazwano chorobę;
ugryźć się w język lub strzelić w usta. Bo nie ma siły, bo to powtarzać
od nowa: pękło słońce i okno płonęło, dzień się rozrastał jak guz.
Muzyka wisiała nad miastem przez cztery noce,
zostały iskry, odłamki; tło jest gotowe. Jutro farba wyblaknie,
szyby zadrgają jak febra; nad ranem przyłożę ci place do skroni,
kolejne błyski będą rozcinać powietrze.
- J.L
No comments:
Post a Comment